niedziela, 08 maja 2011
Żyjemy w czasach, gdzie myślenie jest czynnością luksusową i niedostępną dla każdego. Po co mamy myśleć, skoro może zrobić to za nas komputer? Po co się uczyć, skoro można użyć wyszukiwarki? Gdy nie wiemy do końca, co zrobić z jakimś fantem, poszukujemy pomocy zamiast pomyśleć i wczuć się w daną sytuację. I tę pomoc znajdujemy, niekoniecznie tam, gdzie potrzeba. Mowa o Licealistce. Dziewczyna napisała rozpaczliwy list do redakcji Gościa Niedzielnego, w którym opisuje straszny problem, jaki wyrósł na jej drodze. W jej klasie jest para lesbijek. Zabierają jej powietrze, są brzydkie, złe, niedobre i się liżą na każdej przerwie? Nie wiem. Tego Licealistka nie opisuje. I nawet sam list nie byłby wielce interesujący, gdyby nie odpowiedź udzielona przez Mędrca Dyżurnego.
Tymi słowy rozpoczyna swój wywód Mędrzec. Niczym sam Jezus głosił naukę poprzez przypowieści, tak wstępem do Prawdy jest ta anegdota. Ogólnie sam fakt pisania listu do wydawnictwa przywodzi mi na myśl słynne fake’i internetu: „Drogie Bravo...”. No mniejsza. W każdym razie, poziom zarówno pytań jak i odpowiedzi w obu piśmidłach jest podobny. Zagłębiając się dalej w tekście, możemy wyczytać, że żyjemy w kraju, w którym jesteśmy już nieco przyzwyczajeni do rzeczonego „smrodu”, ale nie jest jeszcze tak źle. Dowiadujemy się, że jako taki homoseksualizm nie jest chorobą samą w sobie, ale uleganie żądzom z niego wynikającym. Widzimy magiczne słowo - klucz - „skłonności”, użyte w absolutnie złym kontekście. Ja bym raczej powiedział, że owe skłonności mają katolickie media, do propagowania głupot.
Nie wiem, w czym Licealistce przeszkadzają owe dziewczyny. Nie rozumiem, dlaczego miałyby się ukrywać ze swoim uczuciem. Tak długo jak nie urządzają publicznie gry wstępnej ich związek jest jak najbardziej akceptowalny. Ja naprawdę chcę niniejszym pogratulować Mędrcowi Dyżurnemu, jak i całej redakcji Gościa, zajebistego (wiem, że nie powinienem) światopoglądu. Bardzo ciekawy jest jednak sposób uzasadnienia - powiedzcie im, że nie chcecie homoseksualizmu w klasie, pod pretekstem miłości do nich, bo wy wiecie, że pakują się w zło. To ma sens! Szkoda tylko, ze mija się całkowicie z prawdą. Naprawdę, bądźmy troszkę bardziej wyrozumiali dla uczuć innych, szanujmy ich oraz ich poglądy tak długo, jak nie przeszkadzają nam one w życiu i nie stanowią dla nas zagrożenia. Nauczmy się odróżniać wynaturzenie od normalnego stanu, nawet odmiennego dla naszej rzeczywistości. A także nauczmy się odpowiednio dobierać źródła informacji, tak aby nie trafiły do nas wysokoprzetworzone i wypaczone wiadomości. Wszystkim będzie żyło się lepiej.
niedziela, 01 maja 2011
Owszem, fajnie jest mieć zasłużonego Polaka, fajnie być Polakiem z takiej okazji. Ale ja bynajmniej nie jestem dumny z faktu beatyfikacji Polaka, a po prostu z faktu dobrego Polaka. Dla mnie może być on święty, nieświęty, błogosławiony czy nie, gance mi to gal. Tego tematu, podobnie jak Brytyjczycy królewskiego ślubu, niektórzy mają już dosyć. Tak, ja także zaliczam się do tej grupy. No ludziska, ileż można, ciągle o jednym i tym samym. Dzisiaj, tj. 1 maja 2011 roku Jan Paweł II został wliczony w poczet błogosławionych. I o co tyle krzyku? Jak o mnie chodzi, to nie irytuje mnie sam fakt beatyfikacji, co szum medialny, a już najbardziej rzekome świadectwa cudów. Ja rozumiem, Polak, zasłużony i w ogóle, ale no kurde. Jak czytam niektóre wypowiedzi ludzi odnośnie cudów, które stały się za jego pośrednictwem to mi się słabo robi. MEN zalecił szkołom posadzenie papieskich drzew. Z tej okazji były robione rozmaite apele, szopki, cuda na kiju. Tylko po co? Już abstrahując od wszystkiego - że Polska świecka, że jest różnorodność wyznań - to to już przekracza wszelkie granice zdrowego rozsądku. Miasta przystrojone w barwy papieskie, politycy w delegacjach do Włoch i tłumy w kościołach. Nie rozumiem tego. Czy niektórzy aż tak bardzo muszą obnosić się ze swoją religią, wymachiwać nią i wsadzać dzieciom do gardeł? Jeszcze niedawno pisałem o spowiedziach - niestety, wśród moich znajomych jest znacznie więcej takich ofiar propagandy, niż myślałem. Obawiam się, że cała ta dzisiejsza afera, trwająca już od jakiegoś czasu, nie zadziała podobnie.
czwartek, 21 kwietnia 2011
Natchnięty dość ciekawym artykułem na moim ulubionym portalu postanowiłem naskrobać tutaj kilka słów na jakże aktualny temat: spowiedzi wielkanocnej. Zbliżające się święta sprawiają, że wierni ustawiają się w ogonku przed konfesjonałem i odważnie przyznają się do wszystkich swoich nie zawsze moralnych występków.
Wyznają to wszystko księdzu, człowiekowi takiemu samemu jak i my. Po co? Nie, ja nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Wybaczcie, ale dla mnie mówienie o moim życiu obcemu facetowi wydaje się dziwne. Po co ma wiedzieć co ja robię, z kim ja robię, po co, dlaczego, za ile? Istne kuriozum na kółkach.
Spowiedź jako taka jest jednak fajnym narzędziem do stosowania zwykłego, ludzkiego zamordyzmu. W ludziach potęguje się jakiś strach, że zostaną rozliczeni ze wszystkiego, co zrobili. Zostaną rozliczeni za to przez księdza, który jest łącznikiem z Bogiem, wielką i jakąś nadnaturalną personą. Bzdura.
W artykule, o którym wspomniałem stoi jasno napisane:
Jeśli ktoś nie urwał się z choinki to zauważy, że część z tychże 74% obywateli chodzi do spowiedzi ten jeden raz w roku. Zauważy, że część z tychże 74% obywateli określa się jako wierzący niepraktykujący, zapominający często o najważniejszych przykazaniach. Już niejednokrotnie pisałem, że najwięksi przestępcy, czy w slangu kościelnym „grzesznicy” co tydzień w niedzielę stoją w pierwszych rzędach przed ołtarzem. Żal.
Nie jest to jednak nowy problem, istniał już daawno temu. We fraszce „Na nabożną” opisał go Jan Kochanowski:
Ja u spowiedzi nie byłem od 4 lat. Jakoś, co mi zarzucają niektórzy zagorzali katolicy, dziwnie nie ciąży mi brzemię grzechów. Nikogo nie zabiłem, nie okradłem, nie puściłem o nikim krzywdzącej plotki. Żyję zgodnie ze swoimi zasadami, niepotrzebny mi do szczęścia spowiednik. Zapewne gdybym się tak wyspowiadał, 3/4 czynów uznane by zostały przez niego za grzechy, niektóre może nawet śmiertelne.
Jak już wspomniałem, konfesjonał to nie narzędzie do oczyszczania z grzechów, a po prostu zwykły wywiad i narzędzie do zamordyzmu, proste jak cep. Nieprawdaż? Nie zapominajmy jeszcze o ludziach, którzy spowiadają się i komunię przyjmują tylko dlatego, że tak wypada. Bo mama każe, bo sąsiadka palcem wytknie.
To nie ma sensu, ale podobnie jak z księżmi po kolędzie, jest praktykowane. Na szczęście, coraz rzadziej. Szkoda mi naprawdę tych wszystkich omotanych i przymuszanych do wiary ludzi. Problem rozdziału grzechu i moralności świetnie ilustruje ten oto obrazek:
Przepraszam, że tyle nie pisałem - mało czasu na dopracowanie pomysłu i ogólny zawrót pupy.
wtorek, 22 lutego 2011
... czyli o indywiduum muzycznym, którego ja pojąć nie mogę. Pojawiła się w szou-byznesie nie wiadomo skąd. I zaczepiła się mocno swoimi pazurami i trzyma się mocno, nieprzerwanie od paru lat. Lady Gaga. Piosenka "Just dance" podbiła serca ludzi na całym świecie i tym samym Germanotta przysporzyła sobie wielu fanów. Tak to się zaczęło. Znana skandalistka, która swoje piętno w świecie odbiła tak mocno, że nawet Anna Wintour, redaktorka naczelna amerykańskiego Vogue'a mimo otwartej niechęci do Gagi, poświęciła jej jedno wydanie. Teraz wszystkich fanów piosenkarki proszę o scrollnięcie w dół, bo mam ochotę trochę pojeździć po kalesonach. Lady Gaga bardzo ładnie zaczęła swoją przygodę ze światem muzycznym i muszę przyznać, ma dobry głos. I nawet te jej utwory były zjadliwe przez długi czas. Ale niedawno miała miejsce premiera nowego singla - Born this way. Gaga na jakiś czas przed oficjalną prezentacją wypuściła do sieci tekst piosenki, który podobno napisała w dziesięć minut:
Szał ciał, dziesięć kilo w majtkach, zarówno wśród fanów piosenkarki, jak i w środowiskach LGBT, które natychmiast Born This Way okrzyknęły nowym, gejowskim hymnem. Premiera całej piosenki, razem z muzyką, tylko potwierdziła moje przypuszczenia. Gadze po prostu zabrakło pomysłów. Kompozycja jest nudna i nieciekawa, a dziewczyna nie ma już nic do zaoferowania poza skandalami. Usiłuje być także na siłę gay-friendly, co też jest w niektórych krajach formą kontrowersyjną. Czy ta piosenka to wypadek przy pracy, czy może początek końca Gagi? Jedno jest pewne, technika stopniowania napięcia naprawdę przyniosła wielki sukces, bo Born This Way jest jednym z najlepiej sprzedających się singli w iTunes w wielu krajach. Naprawdę, wielki ukłon w stronę artystki, bo, moim zdaniem, idealnie udało jej się zrobić coś, z niczego.
Mimo nieudanego singla i tak ją kocham, za tę kreację ;)
czwartek, 30 grudnia 2010
...czyli czy 50 złotych dla księdza w trakcie wizyty duszpasterskiej to dużo czy mało? Ile włożyć w kopertę żeby nie obrazić duchownego? Na taki nagłówek artykułu trafiłem przeglądając stronę regionalnej gazety. No właśnie, co roku ten sam problem. Jest taki piękny dzień, kiedy do naszych drzwi pukają najpierw ministranci, a potem wparowuje, nawet bez pukania, ksiądz. Cała rodzina zbiera się w jednym pokoju, przed ołtarzykiem ustawionym na stole. Księżulek coś pogada, pogada, machnie kropidełkiem parę razy i tyle. Ha! Fajnie by było, ale nie jest. Przecież wypadałoby dać coś na rozbudowę ołtarza, remont podłogi czy na nową limuzynę proboszcza. I tutaj właśnie zaczynają się schody: ile? Wracając jeszcze do cytatu przytoczonego na początku notatki, czy duchowny jest jakimś kimś, kogo można obrazić pieniądzem? Samo sformułowanie bardzo mi się nie podoba. No nieważne, mniejsza o to. Znam takich ludzi, co przed wizytą księdza chowali wszystkie dobra, włącznie z telewizorem, aby udawać biednych i nie dawać pieniędzy. Przez myśl im nie przeszło, że nie muszą nic. W Polakach już wyrobił się taki światopogląd, że facet w koloratce to jest ktoś bardzo ważny, niemalże wyrocznia. Ale to też nieważne. I dobra, wyobraźmy sobie taką sytuację: "kolęda" ma przyjść do pana Świątojeblywego. Piszę w cudzysłowie, ponieważ sytuacja działa się przed świętami Bożego Narodzenia. Więc co to za kolęda? Tylko zwykłe wyciąganie kasy. Ale dobra. Najpierw używając łaciny podwórkowej pan Świątojeblywy pogania żonę, bo zaraz przyjdzie ten czarny skur*iel. Kiedy już przyjdzie, pan Świątojeblywy ustawia się w równiuśkim szeregu do przyjęcia błogosławieństwa. Po wszystkim z gracją i sprytem lisa wręcza księdzu wypchaną kopertę, otrzymuje potwierdzenie zapłaty za ubiegły rok (sic!) i duchowny wychodzi. Pan Świątojeblywy oddycha z ulgą, rzucając siarczystą kurtyzaną, zadowolony z siebie. Natomiast w kościelnych księgach figuruje jako bardzo dobry wierny. Gdzie tu sens, gdzie logika? Pierwotny zamysł wizyty duszpasterskiej został całkowicie zatracony. A do pana Świątojeblywego jeszcze wrócimy, gdyż jest to postać warta opisania. Śmiało można stwierdzić, że takie chodzenie po domach nie ma najmniejszego sensu, przynajmniej w większości przypadków. Wszystko jest bardziej sztuczne od gumowej kobiety, tudzież może raczej lalki. Troszkę zboczyłem z tematu, tak więc jako podsumowanie: bzdura! Nie musicie nic dawać księdzu, ani tym bardziej ministrantom. KK dostaje pieniądze z państwa - starczy. Wizyta duszpasterska powinna być darmowa - jednak przez słynne hasło "co ludzie powiedzą, jak się dowiedzą" już niestety nie jest. I sami się zapędziliśmy w taki kozi róg.
|
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Czytuję również
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||